Stary cmentarz
Stary cmentarz tym się odznacza, że nie robi wrażenia cmentarza. To raczej jakiś zdziczały i zapuszczony ogród lub gaj. Ścieżki zarośnięte trawą, między grobowcami ziele i chwasty sięgające pasa, wszędzie pełno dzikich malin i jeżyn, a ponad wszystkim górują stare rozłożyste drzewa. Wprawdzie zaraz przy wejściu znajduje się grób rodzinny Berensów i kilka pomników zmarłych niedawno miejscowych notabli, lecz już parę kroków dalej na prawo i na lewo pogrążamy się w gęstwinie zbałwanionej zieleni, w której tkwią krzyże i rozsypujące się nagrobki. Było to niegdyś ogrodzone niskim murem, ale wszystko zmarniało, popękało i rozsypało się. Można tylko usiąść sobie na takim kawałku muru pod drzewem i popatrzeć. A jest na co — widok stąd doprawdy królewski.
Między starym a nowym cmentarzem jest taki wiadukt, który czyni przejście ponad wąwozem. Wąwóz przepaścisty, gęsto zarośnięty — stojąc na skraju fosy widzę głęboko w dole obok piaszczystej drogi pnie drzew, podczas gdy wierzchołki tych drzew szumią dokoła moich nóg.
Nowy cmentarz jest inny. Wprawdzie położony równie malowniczo, na skłonie dużego wzgórza w sąsiedztwie wąwozu, ale wszystko psują potwornie brzydkie i banalne nagrobki i pomniki. Po prostu trudno sobie wyobrazić, żeby w tym cudownym Kazimierzu w jednym miejscu znajdowało się tyle szpetoty. Tu właśnie spoczywa mistrz Karmański, malarz wyborny, który całe życie poświęcił malowaniu tego miasteczka i jego okolic, zakochany w niepowtarzalnej jego urodzie. Przysiadłem na ławeczce przy jego grobie, odpocząłem i podumałem trochę o tym, co minęło.
Cmentarz się kończy i droga prowadzi prosto do dębu. Stoi i szumi. Ale nie ten stary. Podchodzę bliżej i zdumionym moim oczom ukazuje się pięknie wyrośnięte drzewo. To ten mały dębczak, z którego istnieniem nie mogłem się pogodzić kilkanaście lat temu, tak wyrósł i spotężniał. Przedwczoraj jeszcze mizerny krzaczek sięgający mi ledwo do ramion, a dziś rozłożyste drzewo, parokrotnie przewyższające mnie swym wzrostem. Wprawdzie jego gałęzie nie są jeszcze konarami, ale już w ich cieniu nikłe szczątki starego dębu dziwnie zmalały i wyblakły. Na pewno każdy turysta lub przechodzień, który zapragnie odpocząć w cieniu drzewa i popatrzeć stąd na cudny krajobraz, nie będzie wiedział, co oznacza kawałek zacementowanego pnia. I wtedy właśnie przypomniałem sobie opowiadaną mi swego czasu historię sadzenia tego drzewa.
Odbyło się to uroczyście i dokonane zostało z zachowaniem specjalnego obrządku. Najpierw postarano się o odpowiednią sadzonkę. Dostarczył ją leśniczy z puławskich lasów, zaręczając, że drzewo wykopane z korzeniami jest progeniturą najwspanialszych dębów królewskich. Na to święto sadzenia zaproszono dziatwę ze wszystkich miejscowych szkół. Każde z maluchów przyniosło ze sobą butelkę napełnioną wodą. Gdy więc już drzewo umieszczono w uprzednio wykopanym dole i przysypano ziemią — podlane zostało przez dzieci zawartością paruset flaszek. Taki to wymyślono oryginalny chrzest. Wyszedł on na zdrowie, bo dąb się przyjął i wyrósł.
Comments are closed.